z zimną krwią.

się, żeby Justin nie spał za dużo w dzień. Będzie zmęczony i uśnie

drzwi.
314
- Nic mnie z nim nie wiąże.
Przybysz nawet nie drgnął. Stał, zamarły w dziwacznym,
wtedy? Skrupulatne usunięcie wszystkich szczątków samolotu, nawet
potem przyklęknął i uczynił to samo z drugim końcem kładki, po
na manowce?
- To dlatego w końcu z każdym zrywasz?

odrzucał fikuśny wystrój kafejki okupowanej głównie przez damskie
zrobić.
Jedna z widzących to kobiet zdołała zapamiętać część numeru
Ale wreszcie skończyła, podtarła się kawałkiem gazety i
rozmowę wujka Lorenza z Pavonem. Mogły wiedzieć coś, co

    
- Mogłaś zginąć!

Pomyślała przelotnie, że tym razem może pozwoli jej otrzeć się
oczną, jak on cofa się, czując ogień na twarzy, trzęsąc się z
prawo. - Posiał jej uśmiech grzecznego dużego chłopca. Najładniejszy, jaki mógł. Nawet nie drgnęła. - Wie pani, co mnie zastanawia? Rzuciła pani pracę, za którą wielu dałoby się zabić, wróciła do domu jako żona jednego z McKenziech, i co? Niespodzianka - mamy nowy cholerny pożar, jakiego nie widziano tu od prawie siedemnastu lat! Jeden facet mało nie zginął od wybuchu, życie innego wisi na włosku. - T. John uniósł ręce. - I co pani na to? Gonzales odsunął się od drzwi, wziął z kartonu stojącego na stole styropianowy kubek i nalał sobie cienką strużką kawy ze szklanego czajnika, który stał na podgrzewaczu. Podniósł dzbanek i bez pytania dolał kawy kobiecie. Wilson odwrócił krzesło oparciem do przodu i usiadł na nim okrakiem. Pochylił się i groźnie patrzył na Cassidy Buchanan. Nie odwróciła wzroku. - Usiłujemy dociec, co się wydarzyło i kto przy tym był. Na szczęście pani mąż miał przy sobie portfel, bo inaczej byśmy go nie rozpoznali. Jest cały pokiereszowany. Ma spuchniętą i pokaleczoną twarz, spalone włosy, złamaną szczękę i zmiażdżoną nogę. Udało się uratować uszkodzone oko. Jeżeli trochę poćwiczy, może znowu będzie chodził. - Kobietą wstrząsnął dreszcz. A więc jednak mąż ją obchodzi... Przynajmniej trochę. - O drugim facecie nie wiemy nic. Nie miał dokumentów. Też ma nieźle poharataną twarz. Spuchniętą i sinoczarną. Stracił kilka zębów i ma spalone ręce. Prawie zupełnie spaliły mu się włosy. Mamy twardy orzech do zgryzienia. Chcemy się dowiedzieć, kto to jest, i myśleliśmy, że pani nam w tym pomoże. - Odchylił się na krześle i wziął do ręki kubek z zimną już kawą. - A... a co z odciskami palców? - Facet ma spalone dłonie. Nie będzie odcisków. Przynajmniej na razie. Ma też powybijane zęby i uszkodzoną szczękę, więc trochę potrwa, zanim dostaniemy odlewy zgryzu... - Wilson wbił wzrok w kobietę i podrapał się w dwudniowy zarost. - Gdybym był niespełna rozumu pomyślałbym, że ten bydlak celowo spalił sobie ręce, żeby wyprowadzić nas w pole. Kobieta skrzywiła się. - Myśli pan, że to on podłożył ogień? - Całkiem możliwe. - Wilson wziął do ręki wyszczerbiony kubek, wypił duży łyk, spojrzał na Gonzalesa i gestem poprosił, żeby dolał mu kawy. - Mówiłam panu, że nie wiem, kto to jest. - Spotkał się w tartaku z pani mężem. Zastanowiła się. - Skoro pan tak twierdzi... Nie mam nic wspólnego z interesami męża. Nie wiem, z kim się spotykał, ani po co. T. John zmarszczył brwi. - Jesteście nowoczesnym małżeństwem. On ma swoje sprawy, a pani swoje? Gonzales krzątał się przy podgrzewaczu. Otworzył śmietankę w proszku - wstrętny biały puder, który nie ma nic wspólnego z krową. - Myślimy o separacji - wyjaśniła kobieta niechętnie. - Ach tak? - Wilson ukrył uśmiech. W końcu stanął na pewnym gruncie. Jest motyw albo przynajmniej trop. Tego właśnie potrzebował. - Dowódca straży pożarnej uważa, że przyczyną pożaru było podpalenie. - Wiem. - Tartak podpalono w identyczny sposób, co stary młyn siedemnaście lat temu. Pewnie to pani pamięta? - Twarz kobiety nieznacznie się wykrzywiła. - Tak, przypuszczam, że nie zapomniała pani o tym. Odwróciła wzrok. W drżących rękach trzymała plastykowy kubek. Oczywiście, że pamiętała tamten pożar. Każdy w Prosperity pamiętał. Dla całej rodziny Buchananów była to straszliwa, bolesna strata, po której nie mogli się pozbierać. Stary Buchanan, ojciec Cassidy, zmienił się nie do poznania. Stracił kontrolę nad swoim życiem, firmą i upartą córką. - Może pojechałaby pani do szpitala, żeby na własne oczy zobaczyć poszkodowanych? Ale ostrzegam, że widok nie należy do przyjemnych. Spojrzała na niego oczami koloru mocnej whisky. Wilson przypomniał sobie, że Cassidy Buchanan jest przecież dziennikarką. - Chciałam zobaczyć męża od razu po wypadku. Lekarze powiedzieli mi jednak, że nie mogę się z nim widzieć, dopóki szeryf nie wyrazi na to zgody, bo podobno jest podejrzany. - Dobra, jedźmy, do cholery! - T. John wstał z krzesła, ale po chwili zmienił zdanie. - Najpierw jednak wyjaśnijmy jeszcze kilka szczegółów. Kobieta zesztywniała. Usiadła z powrotem na zdezelowanym plastykowym krześle. Wilson musiał przyznać, że jest całkiem niezła. Co nie zmienia faktu, że kłamie. Że coś ukrywa. Gonzales napełniał stary kubek Wilsona, a T. John sięgnął do kieszeni i wyjął plastykowy worek. W przezroczystą folię zawinięty był zwęglony łańcuszek ze spalonym medalikiem świętego Krzysztofa. Prawie nie można było rozpoznać postaci. Medalik był powyginany i poczerniały od płomieni. Cassidy otworzyła usta, ale nie westchnęła. Wpatrywała się w folię, którą Gonzales położył na odrapanym starym stole, przy którym siedziała. Ścisnęła mocniej kubek i wzięła krótki, płytki oddech. - Skąd panowie to mają?
to już, zaraz, zanim to gorące napięcie ją zabije. Ale z drugiej strony
wzrokiem żony. Potem popatrzył w dół, na okoloną jasnobrązowymi
pomagały jej żyć. Pewnie czasem wyglądała jak skrzyżowanie GI
zrobić coś w tym kierunku. To byłoby jak wchodzenie do klatki
biedną. Musiałam czymś nakarmić swoje maluchy
z restauracji.
Milla przypomniała sobie tamten wieczór, kłopotliwą scenę z True.
- Miałeś przy sobie broń już na lotnisku? Rzucił na nią okiem
Villi i ruszą wreszcie w dalszą drogę, to będzie nalegać na noclegi w
142
an43

©2019 na-dobry.bialowieza.pl - Split Template by One Page Love